RSS


[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Słowo określające owych “in­nych” stanowiło nazwę, jaką Nyueng Bao nadawali wszystkim, którzy nie byli Nyueng Bao.- On nie mógł zginąć - zapłakała Sarie.Zaniosła się żałosnym łka­niem.- Nie mógł umrzeć, nie zobaczywszy swego dziecka!Wujek Doj zamarł bez ruchu na swoim wozie, równie nieporuszony jak trzon topora.Thai Dei popatrzył na swoją siostrę i cicho jęknął.Po­nieważ przyzwyczaiłem się do obyczajów Nyueng Bao, założyłem, że jest to wynik jego zaniepokojenia, spowodowanego tym, że niemożliwe będzie wydać za mąż siostrę, która nosi w łonie dziecko obcego.Wujek Doj wymamrotał:- Zaczynam powoli wierzyć, że twoja matka jest mądrzejsza, niż nam się zdawało, Thai Dei.Ona obwiniała o wszystko Hong Tray.Teraz jed­nak powoli zaczyna wychodzić na to, że twoja babka okazała się osta­tecznie niezwykle sprytna.Albo my po prostu jej nie zrozumieliśmy.Jej proroctwo mogło dotyczyć Murgena, tylko niebezpośrednio.Mogło dotyczyć dziecka, które Sahra nosi swoim łonie.Zrozumiałem teraz, że tamta kobieta na bagnach, którą dotąd widzia­łem dwukrotnie, to musi być Sahra, nikt inny.- A więc nie będzie już miejsca dla Sahry - oznajmił Thai Dei z wi­docznym bólem.- Jeżeli ona nosi bękarta obcego.- Zabierzcie mnie z powrotem - powiedziała Sahra.- Jeżeli nie pozwolicie mi zostać, nie będę już więcej Nyueng Bao.Pójdę do ludzi mego męża.Znajdzie się dla mnie miejsce w Czarnej Kompanii.To była herezja społeczna o takim rozmiarze, że zarówno Thai Dei, jak i Wujek Doj zamarli z rozdziawionymi ustami.Nie sądzę, że ja także zamarłbym z rozdziawionymi ustami, gdybym tylko dostał teraz w ręce tych dwóch.Uniosłem się.Usłyszałem już do­syć, aby wiedzieć teraz, na czym stoję, gdzie znajduje się Sarie oraz jakie jest stanowisko mego wiernego towarzysza, Thai Deia.Stary mógł nie mieć absolutnej racji odnośnie Nyueng Bao, ale z pewnością rów­nież nie całkiem się pomylił.Gwałtownie przeskoczyłem w czasie, śledząc Sarie.Thai Dei oraz Wujek Doj zabrali ją do świątyni, przed którą widziałem ją poprzednim razem.Oddali w ręce wujka-dziadka, który był tam kapłanem.Sahra była bowiem teraz w istocie sierotą, chociaż równocześnie kobietą dorosłą, dwukrotną mężatką.Świątynia stanowiła miejsce, do którego udawali się Nyueng Bao, którzy nie mieli żadnej bliskiej rodziny.Dawała im schronienie.Kapłani i zakonnice stawali się dla kogoś takiego jedną wielką rodziną.W zamian od sieroty oczekiwano, że poświęci swe ży­cie pobożnym czynom i jakimkolwiek tam bóstwom, które czcili Ny­ueng Bao.Nikt mnie nigdy w tej kwestii nie uświadamiał, ale w świątyni, w której zamknięto Sahrę, stały posągi różnych bogów, przypominające zresztą do złudzenia niektórych bogów Gunni.Shadar mieli tylko jednego boga dostatecznie wspaniałego, aby za­służył sobie na posąg, zaś doktryna Yehdna zabraniała w ogóle tworze­nia boskich podobizn.Przyjrzałem się Sarie w jej obecnej postaci.Przyglądałem się przez jakąś godzinę, jak wypełniała swoje obowiązki.Pomagała sprzątać świątynię, nosiła wodę, pomagała w gotowaniu, czyli oddawała się wypeł­nianiu dokładnie tych samych obowiązków, jakie spoczywałyby na niej, gdyby była żoną jednego z Nyueng Bao w jakimś ich siole.Jednak lu­dzie ze świątyni unikali jej.Nikt z nią nie rozmawiał, wyjąwszy kapłana, z którym łączyły ją więzy pokrewieństwa.Nic już nie można było dodać.Sama się skalała.Jedy­nym gościem, jaki czasami ją odwiedzał, był podstarzały jegomość o imieniu Banh Do Trang, pośrednik handlowy, którego przyjaźń Sahra zdobyła sobie podczas oblężenia Dejagore.Banh był również pośredni­kiem między nami, w czasie gdy rodzina Sahry zdecydowała się trzy­mać nas z dala od siebie.Dzięki niemu możliwe okazało się ostatecznie to, że Sahra wymknęła się z domu i znalazła mnie, zanim ktokolwiek ją zatrzymał.Banh rozumiał.Kiedy był młody, Banh kochał kobietę Gunni.Spędził większość swego życia na podróżach handlowych po świecie.Nie uważał, że wszyscy “inni” stanowią od razu czyste zło.Banh był do­brym człowiekiem.Dokładnie przepatrywałem czas i uważnie wybrałem moment, gdy Sahra odbywała swe popołudniowe modły.Punkt widzenia, którym by­łem, sprowadziłem ostrożnie w dół, dokładnie zatrzymałem go na po­ziomie jej oczu.- Sarie.Jestem tutaj.Kocham cię.Okłamali cię.Żyję.Sarie wydała z siebie dźwięk przypominający skowyt niewielkiego szczeniaczka.Przez krótką chwilę było tak, jakby spoglądała prosto w moje oczy.Jakby mnie widziała.Potem jednak szarpnęła się i przera­żona wybiegła z pomieszczenia.41.Jednooki przez cały czas klepał mnie po twarzy, póki nie odzyska­łem przytomności.- Żeby cię cholera, ty mały gnojku, przestań! -Bolała mnie już cała twarz.Jak długo mnie bił? - Jestem już! Jaki masz, kurwa, problem?- Strasznie krzyczałeś, Dzieciaku.A jeżeli mówiłeś jakimkolwiek językiem, który rozumieją twoi krewni, to wywołałeś niezłe, cholerne zamieszanie.Chodź.Postaraj się opanować.Starałem się opanować.Musisz się nauczyć kontrolować emocje, jeśli chcesz przeżyć w naszym interesie.Ale moje serce biło jak oszalałe, a myśli galopowały niepowstrzymanie.Trząsłem się, niczym zdjęty ata­kiem paskudnej malarii.Jednooki zaproponował mi wielki kubek wody.Wypiłem do dna.- Częściowo jest to moja wina - powiedział.- Zostawiłem cię sa­mego.Nie sądziłem, że będziesz tam tak długo.Myślałem, że wszystko zrozumiesz i zabierzesz swoją dupę z powrotem, aby się przekonać, co zaplanowaliśmy.Wyskrzeczałem:- Co zaplanowałeś?- Ja nie planuję.Myślę, że Stary po prostu chciał, aby wszystko ro­zeszło się po kościach, do czasu, aż nie postanowił, że musisz jednak wiedzieć.- Nie miał zamiaru mi powiedzieć?Jednooki wzruszył ramionami.Co zapewne znaczyło, że nie.Konował nie był bardziej entuzjastycznie nastawiony do mojego mał­żeństwa niż lud Sahry.Bękart.- Muszę się z nim zobaczyć.- On też chce się z tobą zobaczyć.Kiedy już zdołasz się opanować.Odchrząknąłem.- Powiesz mi, kiedy będziesz w stanie znieść wszystko bez szcze­gólnych wrzasków i szaleństw.- Mogę od razu, ty małe gówno! Co wy sobie, chłopcy, myśleliście, nie pozwalając mi?.- Powiesz mi, kiedy będziesz w stanie znieść wszystko bez szcze­gólnych wrzasków i szaleństw.- Ty małe gówno.- Zaczynało powoli brakować mi jadu.Napraw­dę długo znajdowałem się już poza ciałem.Musiałem coś zjeść.Przy­puszczałem jednak, że nie pozwolą mi nic przekąsić do czasu, aż nie spotkam się z Konowałem.- Jesteś w stanie gadać? - zapytał Konował.- Skończyłeś z wrza­skami i szaleństwami?- Wy, chłopcy, spędziliście cały ten czas, kiedy wędrowałem z du­chem, by przećwiczyć swoje role?- A więc co zamierzają teraz krewni twojej żony, Murgenie?- Nie mam najmniejszego, pieprzonego pojęcia [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • nvs.xlx.pl