[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.— Ale niech mi pani powie, czy naprawdę owego wieczoru były dwie szklanki na tacy, którą niósł Parker?Flora stała przez chwilę ze zmarszczonym czołem.— Nie mogę sobie dobrze przypomnieć — powiedziała.— Chyba tak.Czy po to pan zrobił ten cały eksperyment?Poirot ujął jej dłoń i poklepał ją.— Powiedzmy to inaczej: lubię sprawdzać, czy ludzie mówią mi prawdę.— I Parker mówił panu prawdę?— Chyba tak — odparł Poirot z namysłem.Po paru minutach byliśmy już na drodze do miasteczka.— Jaki cel miało to pytanie o szklanki? — byłem ciekawy.Poirot wzruszył ramionami.— Czasem trzeba coś powiedzieć, ot, byle co.To pytanie było równie dobre jak inne.Spojrzałem zdziwiony.— W każdym razie, mój przyjacielu — ciągnął już poważniej — dowiedziałem się czegoś, czego chciałem się dowiedzieć.Zostańmy przy tym.Rozdział szesnastyWieczór przy madżonguTego wieczoru graliśmy w madżonga.Ta prosta rozrywka jest bardzo popularna w King’s Abbot.Goście przychodzą już po kolacji, w kaloszach i nieprzemakalnych płaszczach, potem piją kawę, jedzą kanapki i ciasto.Tym razem przyszli do nas panna Ganett i pułkownik Carter, który mieszka niedaleko kościoła.W czasie takich spotkań wymienia się sporo plotek i to czasem przeszkadza w grze.Przedtem urządzaliśmy brydża — gadanego brydża najgorszego gatunku.Jednakże doszliśmy do wniosku, że madżong jest grą znacznie spokojniejszą.Nikt się nie irytuje na partnera, że wyszedł w taką, a nie inną kartę, i chociaż w dalszym ciągu krytykuje się otwarcie posunięcia przeciwnika, nie psuje nastroju owa przykra brydżowa zaciętość.— Zimny wieczór, prawda, doktorze Sheppard? — powiedział pułkownik Carter, stając plecami do kominka.(Karolina zaprowadziła pannę Ganett do swojej sypialni, gdzie jej pomagała rozwinąć się z rozmaitych szali i płaszczy).— Zupełnie przypomina służbę na Przesmyku Afgańskim.— Naprawdę? — spytałem grzecznie.— Bardzo tajemnicza sprawa z biednym Ackroydem — ciągnął pułkownik, przyjmując z moich rąk filiżankę kawy.— Tak, bardzo tajemnicza, ja panu to mówię.Słyszałem o szantażu.— Spojrzał na mnie porozumiewawczo, jak jeden światowy mężczyzna na drugiego.— Bez wątpienia jest w to zamieszana kobieta.Tak, ja panu to mówię, kryje się za tym kobieta!Karolina i panna Ganett zeszły na dół.Potem panna Ganett zajęła się kawą, a Karolina wyciągnęła pudło z madżongiem i wysypała na stół kamienie.— Mycie kamieni! — W zamyśle pułkownika Cartera miał to być dowcip.— Mycie kamieni, tak to nazywaliśmy w Klubie Szanghajskim.Zarówno ja, jak i Karolina byliśmy w głębi duszy przekonani, że pułkownik Carter w życiu nie postawił nogi w Klubie Szanghajskim.Co więcej, że nigdy nie wytknął nosa dalej na wschód poza garnizon w Indiach, gdzie manipulował wojskowymi zapasami konserw mięsnych i śliwkową marmoladą w czasie wielkiej wojny.Ale pułkownik bardzo lubi snuć żołnierskie wspomnienia, a my, skromni ludzie w King’s Abbot, pozwalamy każdemu pławić się dowolnie w jego słabościach.— Zaczynamy? — spytała Karolina.Usiedliśmy przy stole.Przez kilka minut panowała zupełna cisza, którą zawdzięczać należy tajonej zawziętości, z jaką każdy starał się pierwszy zbudować swój mur.— No, James, prosimy! — odezwała się wreszcie Karolina.— Jesteś Wschodnim Wiatrem.Wyłożyłem kamień.Minęło parę kolejek, przerywanych tylko monotonnymi uwagami w rodzaju: „trzy bambusy”, „dwa kółka”, „biorę” i częste „oddaję” panny Ganett, mającej nieszczęsny zwyczaj zbyt pośpiesznego zabierania kamieni, do których w istocie prawa nie miała żadnego.— Widziałam się dzisiaj z Florą Ackroyd — oznajmiła panna Ganett.— Biorę, nie, oddaję.Omyliłam się.— Cztery kółka — powiedziała Karolina.— Gdzieś się z nią widziała?— Ona mnie nie zauważyła — odparła panna Ganett, kładąc wielki nacisk na słowo „mnie”, gdyż sprawy takie są niesłychanie ważne w maleńkich zbiorowiskach ludzkich, jakim jest nasze King’s Abbot.— Aa, rozumiem — powiedziała Karolina.— Czao!— Słyszałam — zauważyła panna Ganett — że obecnie mówi się „czi”, a nie „czao”.— Bzdura! — orzekła Karolina.— Zawsze mówiłam „czao”.— W Klubie Szanghajskim mówią „czao” — stwierdził pułkownik Carter i panna Ganett wycofała się zdruzgotana.— Więc coś ty mówiła o Florze Ackroyd? — spytała Karolina po kilku chwilach poświęconych grze.— Była z kimś?— O tak! — uradowała się panna Ganett.Wzrok obu pań spotkał się.To wystarczyło.— Naprawdę? — zdziwiła się Karolina.— Czy być może? Właściwie to mnie wcale nie dziwi.— Czekamy na panią, panno Karolino — przemówił pułkownik.Przyjmuje czasem ową pozę zblazowanego mężczyzny, którego nie obchodzą żadne plotki i który zajęty jest wyłącznie grą.Ale to nikogo nie potrafi oszukać.— Gdyby mnie kto pytał… — zaczęła panna Ganett.— Oo! Czyś ty wyłożyła bambus, moja droga? Oo, nie? Teraz już widzę, koło! Więc jak mówiłam, gdyby mnie ktoś pytał, tobym powiedziała, że Flora ma nadzwyczajne szczęście.Po prostu fenomenalne!— Na czymże to pani opiera, panno Ganett? — spytał pułkownik.— Co? Zielony smok? Biorę! Na czym pani opiera to twierdzenie? Owszem, bardzo sympatyczna dziewczyna i w ogóle, owszem, owszem [ Pobierz całość w formacie PDF ]