RSS


[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Prezydent żałował tego co się stało, lecz jak zwykle przyjął wiadomość spokojnie.“Przykro mi, że odchodzisz, Charlie, zwłaszcza w takiej chwili, ale chyba rzeczywiście nie mamy wyboru.” Alden jednak, pomimo kipiącej w nim furii, zdołał w Owalnym Gabinecie zachować spokój, podczas kiedy nawet Arnie Van Damm okazał ludzką słabość słowami: “Kurwa, szkoda.” Chociaż Van Damm sam był wściekły z powodu nadszarpnięcia pozycji prezydenta przez aferę, gniew łączył się w nim z ludzkim współczuciem, pasującym już prędzej nastolatkom w szatni sali gimnastycznej.Inaczej jednak my­ślał Bob Fowler, obrońca wdów i sierot.Najtrudniej było spojrzeć w oczy Liz.Arogancka pinda poczęstowała go milczeniem i jakże wymownym spojrzeniem.Alden wiedział, że Eliza­beth Elliot przywłaszczy sobie teraz wszystkie jego zasługi.Wiedziała o tym również i ona, z góry rozkoszując się taką perspektywą.Oficjalny komunikat miał się ukazać dopiero nazajutrz rano, lecz prasa dowiedziała się już w jakiś sposób o dymisji.Od kogo, można się było tylko domyślać.Od E-E, szukającej nowej okazji do triumfu? Od Arniego Van Damma, który usiłował ograniczyć rozmiary skandalu? Czy od tuzina innych?W Waszyngtonie przeskok ze szczytów władzy w otchłań niepamięci następuje błyskawicznie.Zawstydzona mina własnej sekretarki.Wymu­szone uśmiechy biurokratów z Zachodniego Skrzydła rezydencji.Zapo­mnienie następuje jednak dopiero wówczas, gdy ucichnie już prasowa wrzawa, eksplodująca niczym supernowa i oślepiającym ognistym pióro­puszem zwiastująca polityczną śmierć.Na tym polega rola środków przekazu.Telefon urywał się, więc Alden nie odwieszał słuchawki.Rano ujrzał przed domem dobrą dwudziestkę reporterów, na wyścigi strzela­jących mu w twarz błyskami flesza, które oślepiały niby słońce.Wiedział, o co go zapytają, nim usłyszał jeszcze pierwsze słowa.Tak dać się wrobić jednej głupiej dziwce! Krowie oczy, krowie wymio­na, szerokie krowie biodra! Jak mógł do tego stopnia zgłupieć? Profesor Charles Winston Alden znieruchomiał w swoim eleganckim fotelu i za­patrzył się w blat kosztownego biurka.Głowa pękała mu od migreny, wynikającej, jak przypuszczał, ze złości i napięcia nerwowego.Przypusz­czenie było słuszne.Alden nie wziął jednak pod uwagę, że również ciśnienie krwi podskoczyło mu z powodu stresu odczuwanego przez organizm, dwukrotnie przekraczając normalny poziom.Podobnie nie przyszło Aldenowi do głowy, że od tygodnia nie wziął lekarstwa na nadciśnienie.Niczym typowy, roztargniony profesor, wiecznie zapomi­nał o drobiazgach, metodycznie rozpracowując w myślach najbardziej zawiłe problemy.Dlatego to, co nastąpiło później, zaskoczyło go.Najpierw poddała się osłabiona tkanka w żyle obiegowej Williama, obwodnicy, przetaczającej krew wokół mózgu.Rola tej okrężnicy polegała na tłoczeniu krwi do tych części mózgu, których nie dosięgały inne, pozatykane z biegiem lat na­czynia krwionośne.Dwadzieścia lat podwyższonego ciśnienia, czasami tylko łagodzonego braniem tabletek (o których Alden przypominał sobie przeważnie dopiero przed kolejną wizytą u lekarza) w połączeniu z do­datkowym stresem z powodu nagłego i skandalicznego końca kariery spowodowały pęknięcie naczynia po prawej stronie czaszki.Pulsująca migrena okazała się nagle wcieleniem śmierci.Oczy Aldena rozwarły się szeroko, ręce jednym skokiem objęły czaszkę, jak gdyby ratowały ją przed pęknięciem, lecz nawet ręce nie mogły już tu pomóc.Pęknięta ścianka naczynia krwionośnego rozdarła się jeszcze bardziej, wypusz­czając do mózgu potok krwi.Ustało tym samym zasilanie tkanki mózgo­wej w tlen, a podwyższone jeszcze bardziej ciśnienie wewnątrzczaszkowe sprawiło, że komórki zaczęły coraz szybciej obumierać.Sparaliżowany wylewem Alden przez dłuższy czas zachował jednak przytomność, precyzyjnie rejestrując we wspaniałej pamięci każdą up­ływającą sekundę.Stracił władzę w ciele i wiedział, że umrze.“A już się prawie się udało” nawoływały doń pospieszne myśli.Trzydzieści pięć lat piął się do tego fotela.Wszystkie jego książki, wszystkie seminaria z udziałem zdolnych, młodych studentów.Gościnne wykłady, dyskusje telewizyjne, kampanie polityczne.Wszystko po to, aby wspiąć się aż tutaj.“Byłem tak blisko czegoś naprawdę wielkiego.Boże, dlaczego już, dla­czego w ten sposób?” Zdawał sobie jednak sprawę, że śmierć nadchodzi i trzeba się z nią pogodzić.Żyła w nim jeszcze nadzieja, że inni mu wszystko wybaczą.Przecież nie zrobił w życiu nic złego? Próbował zazna­czyć własny trwały ślad, próbował naprawiać kulawą rzeczywistość, a teraz, kiedy się to prawie, prawie udało.O ileż bardziej ucieszyliby się wrogowie, gdyby dostał wylewu, rżnąc tamtą gówniarę z krowimi oczami.O ileż lepiej byłoby, pomyślał jeszcze, gdyby pochłaniały go wyłącznie książki i nau.Niełaska, w jaką popadł Alden i jego de facto dymisja sprawiły, że o zgonie dowiedziano się stosunkowo późno.Zamiast co kilka minut łączyć rozmowę, sekretarka zainteresowała się ciszą w gabinecie dopie­ro po dobrej godzinie.Do tej pory sama odbierała wszystkie telefony.Fakt ten nie miał zresztą znaczenia, choć wyrzuty sumienia gnębiły kobietę jeszcze przez długie tygodnie.Kiedy wreszcie zaczęła się zbierać do wyjścia, nacisnęła interkom, żeby powiedzieć szefowi do widzenia.Żadnej odpowiedzi.Sekretarka zmarszczyła czoło i zawahała się.Znów nacisnęła sygnał.Cisza.Wstała od biurka i zapukała do drzwi, a nie doczekawszy się odzewu, otworzyła je i wrzasnęła tak przeraźliwie, że usłyszeli ją nawet tajniacy strzegący pomieszczeń prezydenta w drugim końcu Białego Domu.Pierwsza nadbiegła Helen D’Agustino z sześcio­osobowej osobistej obstawy prezydenta, która spacerowała korytarzem, próbując się rozruszać po dniu spędzonym głównie w pozycji siedzącej.- Ja pier.- wyrwało jej się, kiedy wyszarpywała służbowy rewolwer.Nigdy w życiu nie widziała jeszcze takiej ilości krwi.Struga wylewała się z ucha Aldena i ogarniała cały blat biurka.Trafienie w głowę z pistoletu.Helen błyskawicznie omiotła wzrokiem gabinet, zataczając półkole lufą smith & wessona, model 19.Okna nie naruszone.Przemknęła w drugi kąt pomieszczenia.Nikogo.Co jest grane?Przerwała poszukiwania i lewą ręką namacała puls w nadgarstku Aldena.Oczywiście nic nie poczuła, lecz takie postępowanie dyktowały jej wpojone zasady.Tajna Służba zablokowała już wszystkie wyjścia z Białego Domu, a goście z zewnątrz zamarli w pół kroku, patrząc na tajniaków biegających z odbezpieczoną bronią.Przeszukiwano teraz każdy kąt budynku.- Jasna cholera! - Pete Connor wzdrygnął się, wkraczając do gabinetu.- Przeszukanie zakończone! - usłyszała para agentów w miniaturo­wych słuchawkach.- Budynek czysty.JASTRZĄB, koniec zagrożenia.JASTRZĄB był kryptonimem, którym w Tajnej Służbie określano pre­zydenta.Znać było w tym kodzie specyficzne poczucie humoru opieku­nów ptasiego z urody prezydenta, a także ich ironiczny dystans do spraw polityki.- Karetka będzie za dwie minuty! - dodał głos z centrum operacyjne­go.Do Białego Domu karetka pogotowia mogła dotrzeć szybciej niż śmigłowiec.- Opuść broń, Daga - zwrócił się Connor do koleżanki.- Wygląda, że gość dostał wylewu.- Z drogi! - do pomieszczenia wpadł teraz prezydencki sanitariusz z marynarki wojennej [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • nvs.xlx.pl